Post dumnej mamy

Dzisiaj byłam z wizytą u koleżanki. Towarzyszył mi mój niesforny syn lat dwa i pół. Maluch zajmował się sobą i zwiedzał dom, podczas gdy my raczyłyśmy się kawą. W pewnym momencie dołączył do nas wyraźnie zszokowany małżonek koleżanki (Francuz) z pytaniem, czy mój syn mówi po francusku. W pierwszym odruchu chciałam, powiedzieć, że oczywiście, że nie, ale szybko przypomniało mi się, że ponoć w przedszkolu mają trochę francuskiego i arabskiego, więc w sumie cholera wie, ale ja – pojęcia bladego nie mam. Przy czym mały mówi dość mało ogólnie, choć zdecydowanie w dwóch językach domowych (czyli po polsku i po angielsku). Po francusku jednak w domu mu się nie zdarza, bo i po co.

Jednak okazuje się, że być może ciężkie pieniądze, jakie łożymy na jego (przed)wczesną edukację, nie są fortuną wyrzucaną w błoto. Sytuacja była ponoć taka, że mąż koleżanki podał młodemu zabawkę i powiedział do niego “Tiens!” Ku jego (i mojemu) zaskoczeniu, mój syn odpowiedział idealnym “Merci”. Czyli może jednak będą z niego ludzie 🙂

Edukacja dwujęzyczna

Zaliczam się, stety-niestety, do tych matek-psychopatek, które jeszcze w okresie ciąży wyśniły sobie przyszłość swojego potomstwa. Oczywiście na pograniczu prawdopodobieństwa. Zatem moja córka zamieszka w Polsce, najlepiej na Śląsku, blisko dziadków, z którymi jest bardzo związana, i zostanie pisarką (moja niespełniona ambicja nr 1). Syn z kolei, też zamieszkały w Polsce i w sumie czemu nie na Śląsku – moim ukochanym Śląsku – będzie lekarzem (moja niespełniona ambicja nr 2). Oczywiście dzieci studia skończą w Polsce, no chyba że jakiś Oxford czy Harvard raczy im przyznać stypendium. Takie plany oczywiście wymagają pieczołowitych przygotowań, no bo skoro dzieci mają studiować w Polsce, to nie wystarczy, że będą “jakoś tam” mówić po polsku – muszą też czytać i pisać, i to nie “jakoś tam”, tylko możliwie najlepiej. Ale i to nie dość, bo przecież będą musiały posiadać zasób słownictwa z wszelkich dziedzin porównywalny do ich rówieśników, którzy odebrali wykształcenie średnie w Polsce. 

I o ile oczywiście nie mam żadnej mocy sprawczej nad przyszłymi wyborami moich dzieci – czego mam pełną świadomość – o tyle mogę zrobić wszystko co w mojej mocy, aby wachlarz możliwości, z których będą mogły wybierać, był jak najszerszy. 

Oczywiście nie jest to droga łatwa, a pierwszym wybojem są różnice w systemie szkolnictwa. Tu, gdzie mieszkamy, dzieci bombardowane są wiedzą (w moim osobistym odczuciu – na tym etapie zbędną) już od przedszkola, czyli od drugiego (!!!!) roku życia. Jest to całkowicie niedorzeczne i prowadzi do absurdów (przykładem może być np. rozmowa z nauczycielką przedszkolną mojego syna, kiedy miał on niespełna dwa lata i nie mówił nic, a rozmowa owa dotyczyła jego problemów z nazywaniem kształtów. Próbowałam przeforsować tezę, że lepiej, żeby dziecko umiało powiedzieć “mama”, “pić”, “jeść”, aniżeli “triangle” i “rectangle”, ale bezskutecznie. Na tyle bezskutecznie, że syn dalej nie mówi “pić” i “jeść”, za to mówi “circle” i “yellow”). Ale prawdziwe schody zaczynają się, gdy trzylatka idzie do szkoły. W Polsce miałaby przed sobą jeszcze przynajmniej 2-3 lata beztroski. Jednak w brytyjskim systemie nauka zaczyna się na poważnie o wiele wcześniej. Rodzic staje więc przed dylematem – jeszcze bardziej ograniczyć dziecku czas spędzony na zabawie poprzez wprowadzanie edukacji polskiej równolegle z angielską lub ryzyko, że za trzy lata wzorce angielskie będą już tak utrwalone, że nauka polskiego będzie żmudnym i nieprzyjemnym procesem.

My plasujemy się gdzieś po środku – nie na siłę i tylko od czasu do czasu wprowadzam elementy polskiej pisowni i fonetyki. Do tego staram się dbać o jej wymowę i składnię, bo myślę, że ułatwi jej to poprawne pisanie i czytanie w przyszłości. O naszych metodach napiszę nieco więcej w osobnym wpisie.

Złe habity

Wpis bynajmniej nie dotyczy nieprzyjaznych zakonnic, a nawyków, których warto unikać, jeśli jest się rodzicem przekazującym dzieciom język mniejszościowy.

Dla nas, mimo że mieszkamy w kraju arabskim, językiem otoczenia jest język angielski. W tym języku komunikujemy się na co dzień ze światem zewnętrznym. Jest to też język, w którym prowadzone są zajęcia szkolne. 

Nie ma co się oszukiwać – jak bym się nie starała, będąc jedynym źródłem żywego języka polskiego dla moich dzieci, pula zwrotów i wyrażeń, które jestem w stanie zaszczepić mojemu potomstwu zawsze będzie ograniczona w porównaniu z tym, czego dostarcza im cała reszta otaczającego ich świata. Często więc zdarza się, że do polszczyzny mojego dziecka wkradają się wyrażenia angielskie zasłyszane poza domem, a które po prostu nigdy nie pojawiły się w naszej komunikacji. I tak na przykład było wczoraj, kiedy moja córka po powrocie ze szkoły oznajmiła, że jeden z jej kolegów jest wspaniały i ona jest teraz jego ‘girlfriend’.

Kuszące i zabawne może być wkomponowywanie takich obcych słów do języka polskiego. Ja jednak traktuję je jako okazję do poszerzania słownictwa polskiego i zamiast ulegać pokusie pozostania przy angielskim wyrażeniu zawsze podsuwam polski odpowiednik. Jest to też zawsze okazja do rozmowy, w której pojawią się inne wyrazy, których dziecko dotychczas nie znało w języku polskim. Nie twierdzę, że należy być bezwzględnym purystą i stygmatyzować wszelkie przejawy mieszania języka. Ale moim zdaniem warto wykorzystywać każdą okazję na dogonienie języka dominującego, kiedy takowa się nadarza.

Elastyczne kalki językowe

Kalki językowe to nieodłączny element dwujęzyczności. Nam w kombinacji polski angielski najczęściej towarzyszą takie:

– Jestem już pięć! (I’m now five!)

– Wiesz tego pana? (Do you know this man?)

– Chcesz to popachnieć? (Do you want to smell it?)

– Patrzyłaś go? (Did you watch him?)

– Widziałaś mnie skakać? (Did you see me jump?)

– Lubisz moją sukienkę? (Do you like my dress?)

– On zepsuł moje serce! (He broke my heart!)

Ale sytuacja jest dynamiczna, gdyż po ostatnim dłuższym pobycie na łonie ojczyzny córka mówi do ojca:

– Daddy, do you know I will soon have… [szeptem do mnie:] Jak powiedzieć po angielsku, że będę mieć pięć lat?

Marhaba po wakacjach

Po dwóch miesiącach całkowitego zanurzenia po uszy w polszczyźnie jesteśmy na naszych starych, arabskich śmieciach.

Pierwsze co zrobiłam po przyjeździe, to odwiecznym zwyczajem zabałaganiłam doszczętnie dom, w którym przez kilka tygodni panował niezmącony spokój i porządek. Po kilku dniach jednak nawet mnie nadmiar tego, co lubię określać mianem artystycznego nieładu, zaczął irytować, więc w przerwach w pracy zabrałam się za ogruzowywanie podłoi w salonie i polerowanie kuchni.

Moja czterolatka wraca do domu, wchodzi i odzywa się do mnie w te słowa:

  • O! Była klinaczka? (tudzież cleanaczka)

A poza tym zaczęli się uczyć w szkole arabskiego, więc mała biega po domu pokrzykując “shukran” (dziękuję) i “marhaba” (witaj), a ja cała w stresie, że zostanę w tyle. Oj, czas się wziąć do roboty.

Shef czy chef?

Historia miała miejsce jakiś czas już temu, ale bardzo mnie wtedy rozbawiła i jest jak najbardziej z dwujęzycznością związana, więc pozwolę sobie ją tutaj przytoczyć.

Mówię mojej czterolatce:

– Pamiętaj, dzisiaj przychodzi do mnie mój szef i musisz być grzeczna. My musimy trochę popraować, więc proszę bez płaczu, bez marudzenia, jak będziesz chciała coś ode mnie, to proś ładnie, nie przerywaj….

– Mhm.

[Minęło trochę czasu, po czym moje dziecko chciało sobie powtórzyć zasady, które miały obowiązywać w trakcie wizyty.]

– Czyli mam być grzeczna i jak będziesz rozmawiać z tym swoim kucharzem, to mam nie przerywać…

🙂

Przyznam, że zajęło mi chwilę odtworzenie jej toku rozumowania, nim parsknęłam śmiechem.

Językowy humor

Jedziemy samochodem. Mała skarży się, że ciągle boli ją buzia (dzień wcześniej brat wraził jej tam coś i aż krew się polała).

Córka: W szkole powiem dziś Pani Ricks, że T mnie dziubnął. Jak to będzie po angielsku, że dziubnął?

Ja: Możesz powiedzieć, że stabbed.

Córka: Nie! To nie jest stamped! Stamped jest do obrazków!

Ja: Nie stamped tylko stabbed. Naprawdę możesz tak powiedzieć.

Córka: Nie, to nie będzie tak! Jak powiedzieć, że dziubnął?

Ja: No to już nie wiem, spytaj tatę, jak wrócimy do domu.

Córka: O, a ja wiem. Dziubnął to będzie dziubi-stabbed! Tak powiem pani Ricks, że T mnie dziubi-stabbed i dlatego boli mnie buzia.

———————————————–

(To już bez związku z dwujęzycznością.)

Mąż wychodzi na zakupy – ma na liście mrożone warzywa, lody, mrożone frytki.

Córka: Daddy, what are you going to buy?

Mąż: Some frozen stuff.

Córka: Frozen stuff???!!!! Don’t be silly!! That’s for the kids!